kulturaonline

Ewa Ciepielewska »

Ewa Ciepielewska | 3 białe łasiczki | 21.X – 26.XI.2011

2011-XI-03  Sześć wersji Cecylii i sześć wersji Amy rozmawia ze sobą i gra w międzystuleciowe 6-6 na ścianach galerii Olympia. Ale to niejedyne miejsce w Krakowie, w którym w październiku 2011 r. (oraz w listopadzie) możemy oglądać twórczość Ewy Ciepielewskiej. W „Przedziale” przy ul. Miodowej 22 wystawiane są zaledwie dwa obrazy, są to jednak dwa obrazy bezwzględnie wymagające obejrzenia.

Od szablonu, nieszablonowe Koniec XV wieku, Włochy: Leonardo da Vinci portretuje młodą dziewczynę, najprawdopodobniej Cecylię Gallerani, szesnastoletnią kochankę późniejszego księcia Mediolanu. Do towarzystwa przydaje jej białe zwierzątko – gronostaja. Obraz po kilku perypetiach znalazł swój nowy dom w Krakowie, gdzie gronostaja przy okazji przechrzczono na łasiczkę. Koniec XX wieku, Polska: mocą swojego widzenia Ewa Ciepielewska odtwarza dzieło Leonarda jako zestaw czterech szablonów z folii plastikowej i przy ich pomocy maluje (odbija) swoją autorską wersję „Damy z łasiczką”. Sztuka szablonu rozwijała się wtedy (w latach osiemdziesiątych XX w.) w Polsce dosyć prężnie, stanowiąc miejscowy odłam street-artu i jednocześnie odrębny głos w zmaganiach dwugłowej socjalistyczno-antysocjalistycznej hydry polskiej samej ze sobą. Natomiast Ewa Ciepielewska, po latach spędzonych we Wrocławiu, stanowiła krakowską ekspozyturę zasłużonej dla polskiej sztuki grupy Luxus. Podczas gdy niektórzy tytani sztuki wysokiej walczyli o wolność udręczonej Ojczyzny przy pomocy wylewającego się z płócien „szlachetnego błota”, Luxus proponował obrazy ostentacyjnie kolorowe i energetycznie rozbuchane, hipomaniakalną, można powiedzieć, odpowiedź na subdepresję realnego socjalizmu w stanie rozkładu. I do tego wyprowadzał sztukę z jej świątyń, między ludzi. Rozszczepiona na szablony „Dama” również była gotowa do zmultiplikowania się na polskich murach i ścianach, artystka jednak przeznaczyła dla niej mieszkanko na płótnach i blejtramach. Dopiero tak wyposażona, młoda-stara „Dama” wyruszyła w szereg wędrówek, czy to Wisłą z Krakowa do Gdańska na drewnianych łodziach flisackich, czy do Orleanu nad Loarą w antysymetrycznym wobec swojej włoskiej siostry Drang nach Westen. Takie rozwiązanie, street-art na blejtramy, uważam zresztą za charakterystyczne dla całej, liczącej już niemal trzy dziesięciolecia, twórczości Ewy Ciepielewskiej. Niezależnie od aspektów performatywnych, happeningowych czy ogólnie międzyludzkich – które są niebagatelne – w tej twórczości zawsze w końcu chodzi o malarstwo, czyli o przygody linii, kształtów i kolorów na płótnie. Oraz, co tu dużo gadać, o piękno. I czułość. Właśnie czułość (empatia) rzuca mi się w oczy w drugiej serii portretów autorstwa artystki. Tym razem punktem wyjścia jest wizerunek Amy Winehouse, a wersja od szablonu – swoistym hołdem pośmiertnym dla dziewczyny, urodzonej dokładnie pięć stuleci i dziesięć lat po Cecylii od gronostaja. Młodszej z dam przyszło jednak żyć i umrzeć w porządku kanibalistycznego spektaklu, w którym nawet olśniewający talent nie jest wystarczający, wymagana jest ofiara z całej osoby. Krótko mówiąc: bawimy się jak damy, a jak nie damy, to się nie bawimy. A nawet jak damy i się bawimy, to może się okazać, że wpadamy – w korkociąg – i spadamy – prosto do klubu pięknych, dwudziestosiedmioletnich i martwych. Ewa Ciepielewska, wydaje mi się, widzi to i opisuje. A robiąc to i będąc w tej chwili już prawdziwą damą polskiego malarstwa, nie zrywa kontaktów ze swoją wewnętrzną dziewczyną, jednocześnie zuchwałą i ufną, łagodną i bezkompromisową. Przekształcenie obrazu w formę gotową do przemysłowego zwielokrotniania przywodzi oczywiście na myśl Andy’ego Warhola. Ma się rozumieć, że są różnice – tam komercyjno-reklamowy sitodruk, tu uliczny szablon, tam jako punkt wyjścia „ikony popkultury”, tu – ikona wiecznie aspirującego do wyrafinowania królewsko-stołeczno-papieskiego miasta. Jednak jest też wspólność, która wydaje mi się zasadnicza. Niezależnie od komentowania rzeczywistości realnego kapitalizmu za oknem, Warhol – gestem jurodiwego ikonopisarza z Medziłaborec – uchyla kurtynę, oddzielającą nas od krainy, gdzie barwy są czystsze, kształty bardziej harmonijnie zestrojone, a ludzi, zwierzęta i rośliny otacza świetlista aura. Nie inaczej Ciepielewska. Sześć wersji Cecylii i sześć wersji Amy rozmawia ze sobą i gra w międzystuleciowe 6-6 na ścianach galerii Olympia. Ale to niejedyne miejsce w Krakowie, w którym w październiku 2011 r. możemy oglądać twórczość Ewy Ciepielewskiej. W „Przedziale” przy ul. Miodowej 22 wystawiane są zaledwie dwa obrazy, są to jednak dwa obrazy bezwzględnie wymagające obejrzenia, tylko tyle tutaj napiszę. A w „Bombie” przy Placu Szczepańskim, jeśli powieją pomyślne wiatry, ukaże się „Salon Odrzuconych Amy”. Być może, być może kurator: Ela Bela tekst: Miłosz Biedrzycki