kulturaonline

ODZYSK »

Ireneusz Bęc | ODZYSK | Galeria Olympia | 03.IV – 03.V.2014

Malarz zazwyczaj, jeśli wraca do swojego obrazu to po to, aby coś w nim zmienić. Coś poprawić. Coś dodać. Ireneusz Bęc nie postąpił ze swoimi inaczej. Tyle, że zamiast coś dodawać, on im po kolei ujmował. Kolejne warstwy farby znikały z płócien nierzadko bardzo dawnych, namalowanych przed ćwierćwieczem. Mówi sam o tym: „Byłem ciekaw, jak kiedyś malowałem”. Niektóre poddały się całkowicie – zostały same płótna, szare, i wyglądają tak, jak mogły wyglądać wtedy, ćwierć wieku temu. Inne, dlatego, że malarz zamalował je innym rodzajem farby, trudniejszym do usunięcia, oparły się w pewnym momencie i pokazały nowe barwy, nowy rysunek, nowe kompozycje. Dalej nie można było już nic więcej z nich usunąć. Jak mówi sam artysta: „Pracowałem do tej chwili, kiedy one same jakby powiedziały do mnie: to koniec, dalej cię już nie puścimy”. 

 

Ireneusz Bęc zajmuje się swoistym recyklingiem swojego malarstwa. Nie postępuje tak, jak większość malarzy w większości przypadków, którzy z braku płócien zamalowują stare i malują na nich nowe obrazy. Nie o to mu chodzi. Bęc pozostaje z tymi samymi swoimi obrazami, które kiedyś przed laty powołał do istnienia, zdejmując z nich tylko warstwę po warstwie farby aż do stanu, gdy dalsze jej zdejmowanie jest już technicznie niemożliwe – groziłoby uszkodzeniem płótna i zniszczeniem obrazu. Malarz odsłania ich nową postać – dla niego samego zaskakującą, bo pojawia się tu gra przypadku. 

Obrazy Bęca nigdy się nie starzeją, bo są w ciągłym użytku. Artysta ciągle ich używa, ciągle je zmienia, stara się o to, żeby były ciągle użyteczne. Czyli – nie bójmy się użyć tego słowa – ciągle żywe. Aż do momentu finalnego, kiedy nie da się ich już – z racji kończącej się wytrzymałości materii, z której są stworzone – dłużej używać. W tym momencie wędrują do galerii, aby zawisnąć na jej ścianach i stamtąd opowiedzieć swoją historię. 

Jan Kawiorski