kulturaonline

Piotr Szwabe »

7 obrazów o miłości, radości i słońcu | 7-21 września 2007

2007-IX-14 Spokój, zatrzymanie, manieryczne wykadrowanie, powiększenie, stylizacja, redukcja to produkty, które według własnego przepisu miksuje i ubija artysta, zgodne z nimi kiełkuje lekkość i zmysłowa przyjemność rodząca się w kontakcie z jego najnowszymi płótnami.

Pastelowe, rozmglone kolory rozlewają się swobodnie po płaszczyznach płócien Szwabe, podobnie jak w obrazach J.Constabla 3/4 powierzchni zajmowało studium chmur, tak tutaj sączy się kolor, słodki pościelowo-majtkowy, właściwie nieodgrywający większej roli, a jednak pierwszoplanowy. Czarne kontury postaci przypominające swoją fragmentaryczną stylistyką graficiarskie szablony są jak zwielokrotnione znaki na murach, niewyraźne i zatarte ślady obecności anonimowych ulicznych artystów. Subtelne rozmazania plamy nasuwają skojarzenia z rysunkami dzieci, które eksperymentują z rozlewającą się swobodnie po kartce papieru farbką wodną układającą się w fantazyjne plamy. Szwabe kadruje w sposób charakterystyczny dla fotografii, postaci kłębią się lub wynurzają z otchłani koloru gdzieś w rogu płótna, jakoś krzywo jakby od niechcenia, sennie i nonszalancko. Łodzie i toporne, rzeźbiarsko ujęte figurki bawiących się dzieci pojawiają się jak ulotne obrazy widziane spod wpółprzymkniętych powiek, na kilka sekund pod wpływem światła czy chwilowego rozproszenia myśli. Obrazy Szwabego są jak wspomnienie czegoś, co się nie wydarzyło, widoków nie do końca zobaczonych, albo właściwie nigdy niewidzianych, jedynie wygenerowanych pod wpływem kątu padania światła, zapachów, chwili i nastroju. Na jego płótnach wyczuwa się nieograniczoną niczym dekoracyjną i cukierkowatą przestrzeń koloru, który swoim odcieniem przede wszystkim relaksuje i wycisza. Artysta nie mierzy się z materią malarską, nie pogrywa z nią, próbując w jakikolwiek sposób ją ujarzmiać, raczej pozwala na łagodne przesączanie się sztuki poza obręb płócien. Przyglądając się im można odnieść wrażenie oglądania prymitywnej kreskówki przy wyłączonym dźwięku potęgującym odczucie abstrakcyjnego zawieszenia przepływających przed oczyma kadrów. Zgodnie z wersetem z chińskiego poety artysta puka w ciszę, żeby odpowiedziała mu muzyka, w ten właśnie sposób Szwabe strukturyzuje banał i bezczas wprowadzając czerń migotliwych kształtów. Cały cykl malowany jakby dla wypełnienia czasu czy własnej przyjemności nie rozprasza widza, przypominając słodki i powtarzalny wzorek na tapecie sypialni, śledzony na zasadzie liczenia baranów na kilka sekund przed zaśnięciem. Marta Lisok