kulturaonline

Uwaga ryzyko! Malarstwo Ireneusza Bęca »

30.VI – 16.VII.2011

Ireneusz Bęc pokazuje dwa różne cykle malarskie. Pierwszy z nich, to recykling jego szalonych fioletów, kładzionych all-over, jakie malował od lat 90. Drugi to kawałki styropianowych prostokątów opakowane gęsto przezroczystą folią, spod której wyłania się kolor, a właściwie plamy kolorów w 3D, czyli rozmieszczone nieregularnie zmięte kolorowe worki, takie zakupowe, najtańsze, po 5 groszy.

Ireneusz Bęc w krakowskiej Galerii Olympia pokazuje dwa różne cykle malarskie. Pierwszy z nich, to recykling jego szalonych fioletów, kładzionych all-over, jakie malował od lat 90. Dzisiaj okazał się groźnym kosiarzem swoich dawnych gencjanowych ekstaz; metodycznie, krok po kroku zdejmuje bowiem z dawnych płócien farbę, o ile tylko da się ją odczepić, wyłuskać, wydrapać. Czy to krytyka i destrukcja niegdysiejszych niekontrolowanych uniesień, na miarę wkraczania w wiek średni, okres bezwzględnych ocen, czas klęski? Nie dajmy się zwieść, bo klęska – choć być może prawdziwa – jest niezwykle sensualna i nie jest katastrofą; to raczej powód do perwersyjnego świętowania, do drapania obrazów, łuszczenia, do docierania do ich prawdziwej płóciennej, przybrudzonej skórki, noszącej ślady dotykania pędzlem czy szpachlą i wsiąkania wilgotnych wydzielin. Wszystko dlatego, że nie ma powodu dzielić życia na zwycięstwa i porażki; gdyż wszystko ma równy udział w budowaniu nas. Uwielbiałam te dawne fioletowe monochromy Bęca, pokryte na całej powierzchni czymś oleistym i świecącym; były w jakiś sposób ohydne i pociągające jednocześnie. Przywoływały swoją innością, brakiem kokieterii, swoją cielesnością – tak jakby nie były namalowane, ale po prostu – pokraczne – zostały zrodzone. Przycupnęły wówczas zaczajone, niespecjalnie wydane na pokaz, raczej nieśmiało pochowane – cudowne i własne, płótna-dzieciaki, z których szydzenie powoduje, że jeszcze bardziej się je kocha. Jak dojrzały, nie można było ich po prostu zostawić, trzeba było rozbić skorupkę jajka, ściąć grzywkę. Wydoroślały bowiem i zmieniły swoje ciało: trzeba było to dostrzec i zareagować. Bęc całymi dniami drapał ich oleiste powłoki, by dogrzebać się do tego, co pod spodem, co utkane i wygłaskane, co przybrudzone – a co jest malarstwem i doświadczeniem życiowym jednocześnie. Drugi z cykli malarskich Bęca także jest niezwykły dzięki swojej prostocie i zmysłowości; to kawałki styropianowych prostokątów opakowane gęsto przezroczystą folią, spod której wyłania się kolor, a właściwie plamy kolorów w 3D, czyli rozmieszczone nieregularnie zmięte kolorowe worki, takie zakupowe, najtańsze, po 5 groszy. W tych przyciśniętych i ściśniętych workach jest również coś nieprzyzwoitego: niepewność, czy może oglądamy odpady szpitalne, pielęgnacyjne czy miłosne, czy to faktycznie obraz, czy to rzeczywiście dzieło sztuki? Nędza, marność, i ta przebijająca cielesność, ponad myśli o niedowładzie, niepanowaniu nad ciałem; gorączkowość - cholerna, mocna, zaskakująca. Fantastyczne obrazy! W tym cyklu pojawia się jeden obraz przedstawiający. Na górze umieszczono zdjęcie artysty, opakowane jak inne w folię, którą próbowano jednak przemieścić tak, by dotrzeć do wizerunku twarzy. Na dole zdjęcie nóg, ale tym razem nie własnych, lecz Ukrzyżowanego; zdjęcie łydek drewnianego krucyfiksu pokrytego na całej długości czerwonymi pocałunkami odciśniętymi dzięki szmince; autentyczny ślad jednoczesnej ludowej pobożności i zmysłowości. To nie jest pozostałość wiary intelektualnej, tak jak w malarstwie Bęca to, co prowadzi jego myślenie nie jest wykoncypowane, lecz raczej lepkie, groźne, wywrotowe i niebezpieczne; dlatego najbezpieczniej jest to wyśmiać, by nami nie zawładnęło. To jednak, co najlepsze w tym malarstwie to właśnie jego powaga, żałosna i wstydliwa; ten rodzaj tonu, którego dzisiaj nie słychać – tonu pozbawionego ironii, narażającego się na totalną klęskę wyznaniem szalonej wiary w malarstwo, które istnieje poza uznanymi procedurami, poza tradycją ikonografii i oczywistych rozwiązań formalnych. Drapanie i opakowywanie, brudzenie i głaskanie – są procedurami malarstwa nie głoszącego prymatu wzroku nad dotykiem, zrodzonego w ciemności i z ciemności. Zawsze na granicy wstydu i bezwstydu, intymne, osobiste. Technika: styropian, folia pakunkowa i kolorowe worki foliowe. Już nawet nie bieda, a bida z nędzą. Albo płótno ze śladami malatury. No właśnie, tego nie da się opisać – to trzeba zobaczyć. Analiza morfologiczna oddali nas jednak od tego skoku w ciemność, który Bęc chce przeforsować na swoim widzu. Zapomnieliśmy już prawie, że bez ryzyka nie ma malarstwa. kurator: Elżbieta Bella tekst oraz tytuł wystawy: Anna Markowska